"Some day you will be old enought to start reading fairy tales again" C.S.Lewis

niedziela, 26 kwietnia 2015

"Miedzy życiem, a życiem" - Jessica Shirvington (zapowiedź)



Gdybyśmy tak urodzili się w bogatszej rodzinie...
Gdybyśmy wychowywali się w ubogiej rodzinie...
Gdybyśmy tylko mogli wybrać...

Autorka z australijsą edycją książki.
Jakby to było przeskoczyć na chwilę do innego życia? Być może dowiemy się tego czytając najnowszą powieść Wydawnictwa Dreams. Premiera już 11 maja!

Od Wydawcy: 

Między życiem a życiem jest wspaniałą książką o miłości i życiu – pasjonująca, zabawna, skłaniająca do wzruszeń – to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy choć czasem myślą, że jedno ułożone życie zdecydowanie im nie wystarcza.
Zobaczcie, co mogłoby się stać, gdyby wasz sen o podwójnej tożsamości nabrał rzeczywistych kształtów... 
 
Między życiem, a życiem

Jest inna niż wszyscy. Od kiedy pamięta, żyje podwójnie. Co 24 godziny następuje przeskok z jednego życia do drugiego, z jednej tożsamości do drugiej, z bogatego Wellesley do skromnego Roxbury.

Wymarzone życie

Sabine z Wellesley ma wszystko, czego tylko pragnie. Imponujące przyjaciółki, drogie ciuchy, rewelacyjne stopnie w szkole i chłopaka, którego wszyscy jej zazdroszczą. Przyszłość wygląda różowo.

Wymarzona miłość

Sabine z Roxbury ma niezamożnych rodziców i wykolejonych przyjaciół – a kiedy jej tajemnica wychodzi na jaw, perspektywy jeszcze mocniej się zawężają. Lecz dzięki temu spotyka Ethana. Jest wspaniały, intrygujący, przyprawia o zawrót głowy.

Fragment powieści

„… Nie miałam wyboru. Żyłam w dwóch światach i już. Nie w jednym albo w drugim – tylko rozdarta między nimi i całkowicie w tym samotna. Teraz jednak… teraz pojawiła się szansa. Nadzieja. Możliwość normalnej egzystencji. Skoro cechy fizyczne nie są nierozerwalnie związane… Skoro to, co zrobiłam w jednym życiu, w żaden sposób nie wpływa na drugie… Skoro mogę krwawić w jednym, a w drugim nie, kaleczyć skórę, farbować włosy na różne kolory… Skoro mogę zażyć tabletki przeczyszczające i się upić, a żadna z tych rzeczy nie wywołuje jakiejkolwiek reakcji w moim drugim ciele, to w pewnym stopniu – w bardzo istotnym stopniu – mam dwa odrębne ciała. A skoro przybieram dwie różne powłoki… skoro jedno ciało miałoby przestać istnieć… drugie powinno nadal funkcjonować. I miałabym tylko jedno życie…”


Jessica SHIRVINGTON
Urodzona 15 kwietnia 1979 r. – przedsiębiorca, autorka i matka. Mieszka w Sydney w Australii. Należy do grona tych nielicznych szczęśliwców, którzy spotkali miłość swojego życia jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności zakochała się na zabój już w wieku 17 lat. Od 12 lat żona Matta SHIRVINGTONA (lekkoatlety, uczestnika Igrzysk Olimpijskich- obecnie komentatora sportowego). Mama dwóch córek – Sienny i Winter. Jej młodzieńcza miłość i trwałość związku wpływa na to, jak bohaterowie jej powieści radzą sobie w relacjach. 

sobota, 25 kwietnia 2015

Pociąg Literacki - Stacja Brazylia. "Moje drzewko pomarańczowe"



Wiosna rozkwita w pełni, więc najwyższy czas wybrać się na pierwszą wyprawę Pociągiem Literackim. W przedziale restauracyjnym już czuć zapach mocnej i słodkiej cafezinho. W  żeliwnych kociołkach podgrzewa się aromatyczna moqueca, pachnąca owocami morza i mlekiem kokosowym. Obok stoją półmiski wypełnione feijoadą i pomarańczami. Nasz pociąg zatrzymuje się na stacji Central do Brasil w Rio de Janeiro. Choć spodziewamy się wkroczyć do tętniącego życiem miasta, próbujemy dosłyszeć nakładające się na siebie głosy kawiarnianych rozmów i wypatrujemy wesołych tancerek przygotowujących się do występu w Sambodromie, Brazylia wita nas ciszą i delikatnym wiatrem przywodzącym na myśl ciepły oddech miasta. Jesteśmy w Bangu, ubogiej dzielnicy zwanej "czarnym bastionem", innym razem "czarną ścianą" Rio de Janeiro. Są lata 30 ubiegłego wieku, na ulicach czuć napięcie spowodowane rosnącym bezrobociem. Kryzys ekonomiczny odmalowuje coraz klarowniejszy obraz kontrastów społecznych. Dorośli tracą spokój i cierpliwość. Dzieci - beztroskie dzieciństwo...




Moje drzewko pomarańczowe - José Mauro de Vasconcelos

Ból to wcale nie znaczy dostać takie lanie, że aż się mdleje. Ani nie znaczy rozciąć sobie stopę odłamkiem szkła tak, że lekarz musi ją zszywać. Ból zaczyna się dopiero wtedy, kiedy boli nas calutkie serce i zdaje się nam, że zaraz przez to umrzemy.

Zezé ma niespełna sześć lat. Wychowuje się w wielodzietnej rodzinie, w której bezrobocie i bieda kładą ponury cień na wszystkich jej członków. Mama pracuje po godzinach, by utrzymać rodzinę, ojciec odchorowuje zwolnienie, a każde starsze dziecko wychowuje młodsze.  Zezé jest wyjątkowo wrażliwym dzieckiem - posługującym się niekiedy zupełnie niedorosłą, innym razem zadziwiająco dojrzałą logiką. To chłopiec, który w Boże Narodzenie pracuje na ulicy jako pucybut, by kupić ojcu paczkę papierosów. Chłopiec kradnący kwiaty, by z wazonu nauczycielki nie wydobywało się puste echo. Jest to jednocześnie dziecko dokliwie doświadczające bólu w różnej postaci, począwszy od tego spowodowanego kolejnymi razami, jak i tego, rozchodzącego się w sercu coraz szerszymi kręgami, jakby ktoś specjalnie zrzucał kamienie z góry do małego jeziora  Zezé
 Niedobry jesteś, Jezusku. Myślałem, że tym razem narodzisz się jako Bóg, a ty jak postępujesz ze mną? Dlaczego innych chłopców lubisz, a mnie nie? Przecież byłem grzeczny. Już się nie biłem, uczyłem się lekcji, przestałem mówić brzydkie słowa. Nawet dupa już nie mówiłem. Dlaczego mi to zrobiłeś, Jezusku?

 "Moje drzewko pomarańczowe" jest którką powieścią o skondensowanym ładunku emocjonalnym.  Autor pokazuje jak kryzys ekonomiczny odbijaja się na relacjach rodzinnych. Ciepło domowego ogniska zostaje zepchnięte do najrzadziej odwiedzanych zakamarków, podczas gdy frustracja - niczym dym - przedziera się najwęższymi szczelinami, by otoczyć nieszczęsnymi ramionami bohaterów. Nic dziwnego, że  Zezé z całego serca pragnie być jedynie kochany,  docenia najdrobniejsze przejawy sympatii i akceptacji. Surowa codzienność kontrastuje tu z dziecięcą wyobraźnią; dobre serce i wrażliwość z przypiętą łatką "diabła wcielonego", niedobrego chłopaka seu Paula. 

Tak jak Mały Książę miał swoją dumną Różę, tak Zezé ma swoją Pomarańczę Lima. Drzewko jest nie tylko symbolem dziecięcej fantazji, ale także pragnieniem posiadania przyjaciela, tęsknotą za odrobiną czułości i zrozumienia - bo choć chłopiec ma talent do wpadania w tarapaty, brzydkie słowa wyskakują z jego ust niepostrzeżenie, a pomysły na psoty przychodzą do głowy w najmniej oczekiwanych momentach, to mały od seu Paula ma szczerozłote serce. Okazuje się jednak, że to, czego Zezé pragnie najbardziej - odnajdzie w zupełnie obcym, bardzo dojrzałym już mężczyźnie. Stary, bogaty Portuga okaże się prawdziwym drzewem pomarańczowym, obietnicą miłości wykraczającej poza krainę fantazji.

Spojrzałem na jego stopy, na palce wystające mu z drewniaków. On był takim starym drzewem o pociemniałych korzeniach. Był ojcem drzewem. Ale takim drzewem, którego ja prawie nie znałem.
Kadr z filmu. Zeze i nadjeżdżająca Mangaratiba.
"Moje drzewko pomarańczowe" to książka, która drażni oczy mocniej niż najbardziej soczysta cebula. Vasconcelos napisał powieść poruszającą najwrażliwsze struny ludzkiej duszy, powieść wrastającą w pamięć silnymi korzeniami. W jaki sposób autorowi pracującymu przez wiele lat jako trener bokserski, partner sparingowy i model  udało się napisać historię tak prostą i głęboką zarazem? Mały Zezé jest alter ego José Mauro. Vasconcelos wychował się w ubogiej dzielnicy Bangu, skąd został wysłany na wychowanie do rodziny w Natal. Pisarz doświadczył bolesnego uścisku biedy i jej konsekwencji dla uciekającego dzieciństwa.  "Moje drzewko..." nie jest jednak książką opowiadającą jedynie o skutkach kryzysu ekonomicznego, lecz przede wszystkim opowieścią o człowieku, jego pragnieniach, potrzebach i popełnianych przez niego błędach. Zezé zdaje się rozumieć świat o wiele lepiej niż dorośli. To co najgorsze i co najlepsze może przydażyć się w środku, głęboko w sercu - tam, gdzie przebiega cienka granica wrażliwości. 
Zabijać to nie znaczy wyjąć rewolwer jak Buck Jones i zrobić pif-paf! To wcale nie tak. Można zabijać w sercu. Po prostu przestać kogoś kochać. I wtedy ten ktoś umiera.


Podobnie jak Antoine de Saint-Exupéry i Hemingway, Vasconselos sięga po motyw przyjaźni chłopca z dorosłym mężczyzną, by na wzór swoich poprzedników stworzyć historię doskonałą,  skłaniającą do refleksji. Przemyślnie skonstruowani bohaterowie, mądre i poruszające dialogi oraz doskonale poprowadzona narracja sprawiają, że od książki nie tylko nie można się oderwać, ale z czasem odnosi się wrażenie, że to nie my czytamy tekst, lecz to on czyta nas - napędzając wodną turbinę. Podczas lektury strużki łez spływają po policzkach niepohamowanie, ześlizgują się po brodzie, po czym raz po raz rozbijają jak szklane bańki na podłodze. Mimo, że upłynęło już 47 lat od pierwszej publikacji "Mojego drzewka...", przygody i doświadczenia Zezé nie postarzały się nawet o rok - dziś są równie wzruszające i zabawne. Powieść Vasconcelosa jest jak Bodegas Artadi wśród win. Krótka, niepozorna historia o mocy rozpędzonej Mangaratiby*.

Przeczytajcie koniecznie! 

Jose Mauro de Vasconcelos
Ocena: 10\10

Wydawnictwo Muza
Rok wydania: 2008
Wydanie oryginalne: 1968
Tytuł oryginału:O Meu pe de Laranja Lima
Liczba stron: 192




LITERATURA BRAZYLIJSKA - CIEKAWSKIM OKIEM :-)

Przez wiele lat literatura brazylijska była zdominowana portugalskimi wpływami ideologicznymi i estetycznymi. W okresie kolonialnym dominowała literatura podróżnicza, historiograficzna, twórczość jezuickich misjonarzy i echa hiszpańskiego baroku. Choć Brazylię odkryto w kwietniu 1500 roku, a niepodległoscią cieszy się ona od 1822 roku, to dopiero od lat 20 ubiegłego wieku zapoczątkowano tam ruch odnowy kulturalnej, zwany modernizmem brazylijskim. Inspiratorzy ruchu propagowali swobodę wypowiedzi i stosowanie w literaturze potocznego języka  Brazylijczyków, wnieśli do prozy głęboką analizę psychologiczą i piętnowali demoralizację w życiu wielomilionowych skupisk miejskich. 

Literatura brazylijska ma burzliwą historię. Multikulturowe wpływy europejskich osadników, Amerykanów, Indian i afrykańskich niewolników tworzą ciekawą mozaikę narodowej twórczości. Współczesna literatura brazylijska jest skoncentrowana głównie na obrazowaniu różnych aspektów miejskiego życia - samotności, przemocy, polityki i kontroli mediów. 




Książki są w Brazylii towarem luksusowym, co wydawcy tłumaczą wysoką ceną importowanego papieru. Niski poziom czytelnictwa sprawił, że znajdziemy tam prawie dzięwięciokrotnie mniej bibliotek niż w Hiszpanii. Jednakże brazylijscy więźniowie czytają, by skrócić długość odsiadywanego wyroku. Fedelarne więzienia gwarantują osadzonym cztery dni mniej za kratkami dzięki każdej przeczytanej książce (maksymalnie 12 w roku) z działu klasyki, filozofii i nauki - w ramach programu resocjalizacji Redemption Through Reading. Po zakończeniu lektury więźniowie muszą napisać esej, który potwierdzi znajomość treści książki. Czyż to nie byłby wspaniały pomysł na wydłużenie urlopu lub wakacji?


INNI PISARZE BRAZYLIJSCY

Paulo Coelho - autor rzeka i człowiek rzeka. Kilkakrotnie przebywał w klinice psychiatrycznej - wysyłany tam przez troskliowych (!) rodziców. Odmowa studiów inżynierskich i dołączenie się do grupy teatralnej (aktorstwo - jakże niemoralne to zajęcie!) były wystarczającymi powodami by wysłać syna na leczenie. Paulo nie poddał się, wciąż walczył o możliwość wyrażania siebie - czy to włączając się do ruchów hippisowskich, odmieniając brazylijską scenę rockową, uprawiając czarną magię ze Stowarzyszeniem Alternatywnym, czy też odsiadując wyrok za publikowanie satyrycznych ulotek nawołujących do wolności. Przebywanie w wojskowym ośrodku tortur i międzynarodowy sukces literacki to jedynie elementy złożonej biografii autora.


Jorge Amado - best loved autor. Pisarz modernistyczny, którego książki obrazują brutalność życia na prowincji. Jego powieści były publicznie palone, później ekranizowane. Wśród najbardziej znanych tytułów wymieniane są "Gabriela, goździki i cynamon" i "Dona Flor i jej dwóch mężów" - historia kobiety żyjącej w bigamicznym związku ze zmarłym kochankiem i obecnym mężem. 

Machado de Assis - syn ciemnoskórego budowlańca  i portugalskiej praczki.  Jego twórczość wyniosła go z klasy niższej do elity intelektualistów. ("Dom Casmurro")

Clarice Lispector - pisarka urodzona w ukraińskiej rodznie żydowskiej. Jej twórczość to połączenie Joyce'a, Faulknera i V. Woolf. ("Godzina gwiazdy")
  
Rubem Fonseca - w Polsce znany głównie za sprawą książki "Wielkie emocje i uczucia niedoskonałe".




* Mangaratiba - pociąg. Pojawia się na kartach powieści.

środa, 8 kwietnia 2015

Rumuńskie klimaty - "Księga szeptów" i zapowiedź nowego cyklu.




Już niedługo ruszy na blogu nowy cykl Book Voyage. Od czasu do czasu zaproszę Was na recenzje książek autorów różnych narodowości, także tych mniej popularnych.  Będę zamieszczać  ciekawostki ze świata literackiego i z jego najodleglejszych zakamarków. Pomysł na rozpoczęcie cyklu pojawił się dość spontanicznie, po części z ciekawości, a trochę z przekory - by oderwać się na chwilę od powieści, które zdominowały rynek przyćmiewając wiele wspaniałych publikacji. Nie oznacza to jednak, że popularne książki nie będą gościć na blogu. Będą - jak do tej pory. Cykl jest dodatkiem, powiewem świeżości i dopełnieniem. 

STACJA 1 - BRAZYLIA

***

Dziś, na początek, zapowiedź książki, która już niedługo ukaże się nakładem wydawnictwa Książkowe Klimaty.

Przenieśmy się więc na chwilę do Rumunii.

Każde miejsce, każdy czas, każdy naród ma swoją Księgę szeptów. Ona żyje, musi tylko zostać opowiedziana.


Księga szeptów zaczyna się w latach 50. XX wieku w Fokszanach, pośród oparów świeżo palonej kawy i zapachów ze spiżarni babci Armenuhi, wśród starych książek i fotografii dziadka Garabeta. Ale zamiast legend o Arze Pięknym czy Tigranie Wielkim, „ormiańscy starcy dzieciństwa” Varujana Vosganiana opowiadają o niekończących się konwojach wygnańców i marszu śmierci przez pustynię syryjską do Deir ez-Zor, o historii Ormian, w której rok 1915 stanowi szczególne miejsce.  
Bohaterami tej niezwykłej opowieści o pamięci stają się także przedmioty: mapy, znaczki pocztowe, radio, młynek do kawy, nasiona granatu… 

Księga szeptów łączy wątki historyczne, biograficzne i fabularne, ma w sobie prostotę, precyzję i płynność opowiadanych wieczorami baśni. Ze swymi lekko rozmytymi obrazami, zapachami korzennych przypraw, smakiem wiatru Księga szeptów leży gdzieś pomiędzy zmysłowością Sklepów cynamonowych Bruno Schulza a uważnością Niewidzialnych miast Italo Calvino.  
 



Varujan Vosganian (ur. 1958 w Krajowej) to prozaik i poeta rumuński, działacz polityczny, wiceprezes Związku Pisarzy w Rumunii. Od 2012 roku zgłaszany do literackiej Nagrody Nobla przez trzy kraje: Rumunię, Armenię i Izrael. Laureat wielu nagród literackich, m.in hiszpańskiej nagrody Niram Art – Trofeo Mihail Sebastian za prozę i Trofeo „Tristan Tzara” za poezję. Tłumaczony na wiele języków. Polskim tłumaczeniem zajęła się Joanna Kornaś-Warwas.

Wydanie oryginalne: Cartea şoaptelor, wyd. Polirom, 2009
Wydanie polskie: Księga szeptów,  Książkowe Klimaty
Seria: Rumuńskie Klimaty, 2015
Data premiery: 24.04.2015

wtorek, 7 kwietnia 2015

WYWIAD Z AUTOREM - SHIRIN KADER :)

Niektórzy pisarze potrafią dzięki szczypcie słów wydobyć smak z każdego elementu życia. Później, niczym wprawna krawcowa, tworzą przepiękne kroje z, wydawałoby się, nic nie znaczących skrawków materiału. Dziś o literaturze, podróżach i o życiu rozmawiam z taką właśnie pisarką. W roli głównej - Shirin Kader, autorka "Zaklinacza słów".


Liban
Book Trapper: Shirin, jesteś w trakcie pisania nowej powieści. Czy możesz zdradzić o czym będzie "Cafe Istanbul"?

Shirin Kader: „Cafe Istanbul” będzie zbiorem opowiadań połączonych opowieścią ramową. W pewnej orientalnej kawiarni na warszawskiej Pradze spotykają się różni ludzie. Zostawiają po sobie przedmioty, fragmenty rozmów, coś, czym zapisują się w pamięci właścicielki. Są dla siebie przypadkowi, nie łączy ich nic poza miejscem, które odwiedzają. Każdy rozdział to historia innej postaci bywającej w lokalu.

Internet podszepuje, że prowadzisz w Lublinie orientalną kawiarnię. Czy te informacje są wciąż aktualne?     

Już nie prowadzę kawiarni. Nie da się połączyć pisania, pracy zawodowej i zajmowania się własną firmą. Właściwie powinnam chyba powiedzieć inaczej: dać się da, ale coś na tym na pewno ucierpi. Musiałam więc z czegoś zrezygnować. Wybrałam to, co zajmowało mi najwięcej czasu. Kawiarnia to styl życia, podobnie jak pisanie. Trzeba się temu całkowicie podporządkować, jeśli chce się robić to dobrze, z sensem, tak, żeby goście byli zadowoleni i żeby samemu mieć minimum satysfakcji. Kawiarnia była moją pasją, spełnionym marzeniem o własnym lokalu, ale w przeciwieństwie do pisania, mogłabym bez niej żyć. Stąd taka a nie inna decyzja.

Cafe Aladdin w Lublinie, fot. Grzegorz Makarski
Cafe Istanbul jest w jakimś stopniu warszawską wersją Cafe Aladdin?

"Cafe Istanbul" na pewno jest wyrazem tęsknoty za kawiarnią, przeniesieniem swoich doświadczeń i obserwacji na grunt literacki. I tak, chyba można uznać, że jest warszawską wersją Aladdina. Cafe Aladdin zresztą nadal istnieje, prowadzi ją Jarek, mój kolega i jeśli ktoś miałby ochotę odwiedzić to miejsce, wciąż ma taką możliwość.

Kiedy możemy spodziewać się "Cafe Istanbul" na półkach księgarń?

Teraz powinnam pewnie podać jakąś datę. :) Pisanie jest jednak nieprzewidywalne, nigdy nie wiadomo, w którą pójdzie stronę ani dokąd zaprowadzi mnie opowiadana historia. Chciałabym, żeby był to 2015 rok i takie są plany. 

Jak długo pracowałaś nad "Zaklinaczem słów"? Co było impulsem do napisania tej powieści? 

Kolory Tunezji
Z „Zaklinaczem” to jest w ogóle bardzo dziwna historia. Pracowałam nad nim i długo i krótko. Z przerwami – 10 lat. Ostatnio coraz częściej przekonuję się, że wszystko ma swoje miejsce i czas. Pisałam od zawsze, ale nigdy nie miałam żadnych planów związanych z pisaniem. Było i koniec. Uważałam je za taką samą czynność fizjologiczną jak spanie czy jedzenie. Mieszkając w Londynie, który, jako miasto, silnie do mnie przemawiał, robiłam luźne notatki o odwiedzanych miejscach. Pierwsze fragmenty „Zaklinacza” nosiły nazwę „Zapisków z nierzeczywistości”, a publikowałam je na prowadzonym wówczas blogu o nazwie „Dziwny ogród Margot.” Sześć lat później wróciłam do tych notatek. Nie wiadomo skąd, w głowie pojawił się tytuł. „Zaklinacz słów”. W ciągu kilku dni napisałam pierwszych trzydzieści stron powieści, zatrzymując się na fragmencie, w którym spotykają się główni bohaterowie. I wtedy, mimo szczerych chęci, nie mogłam ruszyć z miejsca. Książka nie pozwalała się napisać. Po paru nieudanych próbach przestałam z nią walczyć, odłożyłam na bok i w końcu o niej zapomniałam. Aż do 2011 roku, kiedy to, co prawda nie w Londynie, a w moim rodzinnym mieście, na ulicy doszło do pewnego spotkania. Główny bohater nagle zyskał swoją twarz, a ja – swoją historię. I wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Krótko potem, jadąc do Krakowa na spotkanie z Pamukiem, poznałam mojego Wydawcę, co ciekawe, w okolicznościach bynajmniej nie związanych z pisaniem. Ten temat wyszedł nieco później. Wysłałam do Wydawcy plik z tymi nieszczęsnymi 30 stronami, bardziej nawet towarzysko niż po to, żeby coś z tym zrobić, a gdy zapadła decyzja o wydaniu książki, powieść zaczęła pisać się sama. Skończyłam ją w niecałe pół roku, przekonując się, że jeśli coś ma się wydarzyć, stanie się i kropka. Dzisiaj już wiem, że z życiem w pewnych sprawach nie można dyskutować. Lepiej poddać się od razu, zamiast odkładać w czasie coś, co i tak jest nieuniknione, narażając się na kumulację wszelkich możliwych nieszczęść i katastrof. Taką lekcję wyniosłam z pisania „Zaklinacza”. Było ciężko, ale nie żałuję. Dzisiaj jestem zupełnie innym człowiekiem niż ten, który jeździł po Londynie piętrowym autobusem, starając się zapamiętać jak najwięcej obrazów. 

Na okładce "Zaklinacza..." widzimy filiżankę i notes. Wiem, że nie są to przypadkowe przedmioty. Czy możesz nam o nich opowiedzieć?


Aniołki na warszawskiej Pradze, fot. Grzegorz Szymański, edycja BT.
Okładka jest niespodzianką ze strony Wydawcy, a dla mnie dowodem, że w pewnych sytuacjach warto zaufać komuś, kto dobrze nas zna i równie dobrze nam życzy. Filiżanka nawiązuje do jednej z zawartych w „Zaklinaczu” opowieści, także do pewnego prezentu urodzinowego, pod wpływem którego powstała ta historia. Notes natomiast nie odnosi się bezpośrednio do treści książki, za to niedawno dostałam w prezencie identyczny i dziś robię w nim notatki do „Cafe Istanbul”.


W opisie wydawniczym czytamy, że "Zaklinacz..." jest Twoją pierwszą dojrzałą powieścią.  Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem? 

Tak dawno temu, że nie potrafię powiedzieć. Chyba odkąd umiem wyrażać myśli słowami. Historie wymyślałam jeszcze zanim nauczyłam się pisać.

Shirin i praskie murale, fot. Grzegorz Szymański, edycja BT.
Bohaterce "Zaklinacza...", Ninie, od najmłodszych lat towarzyszyły orientalne baśnie czytane przez matkę.  Kto Ciebie wprowadził w świat wschodnich opowieści? Jak zaczęła się Twoja fascynacja Orientem? 

Zaczęła się właśnie dzięki mamie. Pod tym względem wszystko wygląda jak w książce. Moja mama, ucząc arabskich studentów języka polskiego, pomogła mi odkryć świat Orientu w tej najciekawszej, baśniowej postaci. Ona również czytała mi pierwsze książki, wymyślała bajki o egzotycznych krajach. Uwielbiałam odwiedzać ją w pracy, nawet teraz, po latach, w głowie nadal przewijają mi się twarze i imiona spotkanych tam osób. Potem, kiedy byłam starsza, dostałam od taty dziewięciotomowe wydanie „Księgi tysiąca i jednej nocy”, a on otrzymał je z kolei od swoich rodziców. Orient towarzyszył mi od najwcześniejszego dzieciństwa i tak już zostało. 

Jaka historia kryje się pod  pseudonimem Shirin Kader? 

Ktoś mi kiedyś powiedział, że „Zaklinacz słów” wcale nie ma 320 stron, ale przynajmniej tysiąc. I na tych brakujących 680 stronach spisana jest historia Shirin Kader. Czytelnicy muszą poszukać jej między wierszami, ale myślę, że „Cafe Istanbul” nieco im w tym pomoże. :) Sam pseudonim nie jest trudną zagadką – Shirin to imię występujące w większości krajów Wschodu, a „kader” w języku tureckim oznacza przeznaczenie.


W "Zaklinaczu..." czytamy, że z nieudanym życiem jest jak z rozbitą filiżanką.  Do czego porównałabyś życie pisarza? 

Nie wiem, czy mam prawo porównywać do czegokolwiek życie pisarza w znaczeniu ogólnym, odniosę się więc tylko do własnego. Na pewno nie chciałabym nigdy znaleźć się w takiej sytuacji, która zmusiłaby mnie do porównania go z rozbitą filiżanką i dbam, żeby do tego nie dopuścić. Wbrew pozorom w życiu wiele zależy od nas. Możemy zamienić je albo w horror albo w barwną, ciekawą opowieść. Dążę oczywiście do tej drugiej opcji i chociaż z moim pisaniem jest trochę tak, jak z czarną magią, za którą płaci się sobą, nie mam wątpliwości, czy warto. Jeśli coś łatwo przychodzi, na ogół jest bezwartościowe. Życie udowodniło mi, że jest całkowicie nieprzewidywalne, dlatego nauczyłam się przyjmować różne rzeczy z pokorą i wierzyć, że taki a nie inny obrót wydarzeń, ma swój cel.


Dom Shirin.
Roald Dahl stworzył swój pisarski warsztat w małej altance, gdzie o stałych porach zasiadał w specjalnym fotelu, z nogami zanurzonymi w zielonym śpiworze i otoczony licznymi przedmiotami zatracał się w opowieściach. Spisywał je zawsze dobrze nastruganym, żółtym ołówkiem, obowiązkowo na żółtym papierze - sprowadzanym w tym celu z Ameryki. Wirginia Wolf pisała słuchając muzyki klasycznej, Czechow tworzył w garniturze, a Capote na leżąco. Jak pracuje nad powieścią Shirin Kader? Masz jakieś stałe miejsce do pisania, pisarskie nawyki? Co pomaga Ci się koncentrować i, co ważniejsze, przywoływać muzy? 

Piszę siedząc w łóżku. Nie przywołuję muz, nie wiem nawet czy wierzę w ich istnienie. Nie wiem, co to warsztat pisarski. Opowieści same do mnie przychodzą, tak, jakbym pisała pod czyjeś dyktando. Słowa po prostu układają się w zdania, w głowie pojawiają się obrazy. A jeśli próbuję się z nimi siłować tworząc jakąś wymyślną konstrukcję – efekt jest tragiczny i zwykle kończy się kasowaniem tekstu. Jedyne, co muszę robić w trakcie pisania, to uważnie słuchać. 




Co Cię inspiruje? 

Moje książki powstają z myślą o jednej, szczególnej osobie. To dzięki niej zaczęłam zwracać w życiu uwagę na sprawy, obok których jeszcze niedawno prawdopodobnie przeszłabym obojętnie. Nauczyłam się nie tylko patrzeć, ale również widzieć. 

Co czyta Shirin Kader i co znajdziemy w jej biblioteczce? 

Orient w każdej możliwej postaci, od klasyki, przez beletrystykę, powieści podróżnicze i książki o tematyce kulinarnej. Poezję Leśmiana, Stachury i Agnieszki Osieckiej. Literaturę rosyjską XIX wieku. Twórczość Charlesa Baudelaire’a, z którym czuję się osobiście związana. Ale moją największą literacką miłością jest Wiesław Myśliwski, człowiek, którego uważam za boga literatury. Nie czytam jego książek, ja się do nich modlę. Mimo, że z Orientem nic wspólnego nie mają. 

Cytowałaś kiedyś Hrabala: "Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku." Zdarzyło Ci się czytać tekst, który wywołał w Tobie tak silne emocje? Czego, jako czytelnik, oczekujesz od książki?
Maroko
Tak, cytowałam, nieśmiało licząc, że ten, dla kogo piszę książki, będzie musiał wyskoczyć z łóżka w samej tylko bieliźnie albo nawet bez, chociaż może niekoniecznie chciałabym, żeby dalszy ciąg scenariusza potoczył się według słów Hrabala. :) A tak poważnie – jako czytelnik oczekuję wstrząsu, także prawdy, nawet tej niechcianej. Dobra książka ma dotykać tego, co najgłębiej schowane, wydobywać to na światło dzienne, sprawić, że człowiek przejrzy się w niej jak w lustrze. Ma trafiać w sedno, dostarczać emocji i wrażeń, które na długo w człowieku zostaną. „Dobra książka powinna czytelnikowi głowę przemeblować, pod warunkiem, że jakieś meble już w niej kiedyś stały.” – powiedział Stanisław Lem i ja się z tym zgadzam. 

Masz ulubionego pisarza? Kogoś, kogo mogłabyś nazwać swoim hakawati? 

Ulubionego? Nie mam. Nie lubię się ograniczać. Dużo czytam, ciągle spotykam kogoś nowego w literackiej przestrzeni. Staram się być otwarta na nowe postacie. Wspominałam już o Wiesławie Myśliwskim, ale słowo „ulubiony” tutaj nie pasuje. To jest po prostu niedościgniony ideał. W podobnych kategoriach postrzegam zresztą mojego ojca, bo pod względem literackim (i nie tylko tym) wiele mu zawdzięczam. Był absolutnym geniuszem, kimś, komu słowa natychmiast stawały się posłuszne. Czuł je i rozumiał, a mnie wprowadził w ich świat. I tylko z nim mogłam po tym świecie podróżować.

Jaką książkę albo opowieść najlepiej wspominasz z dzieciństwa? 

„Małą księżniczkę” Francis Hodgson Burnett. Sara Crewe to mój wzorzec moralny.
  
Fot. Grzegorz Szymański, edycja BT.
Fotografujesz opuszczone kamienice, zaglądasz do starych bram, wsłuchujesz się w odgłosy trzeszczących schodów, przygladasz się ścianom, napisom i siwiejącym lampom. Co przyciąga Cię do tych miejsc? 

Atmosfera. Wspomnienia i rozmowy, które wsiąkły w ściany. Odgłos kroków sprzed lat. Dotyk czyichś rąk. Takie przedmioty niemal zawsze o czymś mi opowiadają. Nigdy nie lubiłam rzeczy nowych, ładnych, wypielęgnowanych. Lubię to, co ma swoją przeszłość. 

Maroko słynie z bogactwa mitycznych opowieści. Miałaś okazję spotkać marokańską czarownicę albo miejscowych bajarzy? Jak wiele ludowej magii odnajdujesz we współczesnym Maroku? 

Maroko to kraj bardzo specyficzny, miejsce, gdzie czas płynie inaczej, a życie, pod wieloma względami przypomina baśń. Nigdy nie należałam do osób pędzących przed siebie na oślep, zabijających się o to, by mieć pieniądze, sławę, błyszczeć w towarzystwie. Wolę iść spokojnie przed siebie, dostrzegać drobiazgi, to, że słońce świeci, kawa ma doskonały smak, a idący z naprzeciwka człowiek uśmiecha się do mnie. Maroko temu sprzyja. Tam się nie biegnie, zawsze jest chwila, by przystanąć, zamienić z kimś parę słów na ulicy. Ludzie wierzą w czary, na targach można kupić magiczne akcesoria, po miejskich zaułkach krążą legendy, na przykład o Aiszy Kandiszy, dżinnach, istotach nadprzyrodzonych. Świat mitów przeplata się z rzeczywistością. Miałam okazję widzieć w Maroku bajarzy, czarownic niestety nie, choć zamierzam to przy najbliższej okazji nadrobić. :)

Tunezja
Wierzysz w maktub? 
Teraz już tak. Nie miałam innego wyjścia. Życie mnie zmusiło. 

Odwiedzając kraje Orientu, starasz się nie podążać szlakami wytartymi przez turystyczne przewodniki. Jak planujesz swoje podróże? 

Nie planuję. Pozwalam im toczyć się we własnym rytmie. Nie umiem chodzić z mapą w ręku, brakuje mi cierpliwości do czytania przewodników. 

Szykuje się kolejna wyprawa. Tym razem będzie towarzyszył Ci "ulubiony wydawca".  Wiesz już jakie miejsca odwiedzicie? 

Prawdę mówiąc nie wiadomo, kto tu będzie bardziej komu towarzyszył. :) Oczywiście są pewne żelazne punkty, które zobaczymy, bo jak tu być w Dubaju i nie zobaczyć np. Burj Al Arab, czyli słynnego hotelu – żaglowca. Bardziej jednak niż na turystyczne, ociekające luksusem atrakcje, nastawiam się na targi i śmietniki. :) I oczywiście na zdjęcia, w tym celu kupiłam sobie nawet nowy aparat. Mam nadzieję, że Ulubiony jakoś tę wyprawę wytrzyma. :) 

Jaka jest najcenniejsza pamiątka, którą przywiozłaś z krajów arabskich? 
Nie mam takiej. Wśród wielu przywożonych przedmiotów, każdy ma dla mnie znaczenie, z każdym wiąże się jakaś historia, choć bardzo mocno jestem przywiązana do pamiątek z Libanu, pewnie dlatego, że w domu mojej przyjaciółki Renaty czułam się tak, jakbym wróciła do najfantastyczniejszych wspomnień z dzieciństwa. Patrząc na kadzielnicę z Saidy, na mosiężne filiżanki do kawy czy na moją amarantową dżellabę, widzę Renię, jej męża Nabila i ich fantastyczne mieszkanie w Aramoun. I się od razu uśmiecham.

Tunezja to przecież nie tylko biel i błękit, orientalne zapachy i piękne krajobrazy.
Chodzą słuchy, że poza kotką Sziszą mieszka z Tobą jeszcze jedna lokatorka, która świetnie orientuje się w topografii rur kanalizacyjnych. Możesz opowiedzieć coś o tej tajemniczej postaci? 

To są oczywiście żarty, taka domowa legenda. Kiedyś ktoś znajomy zobaczył u mnie na ścianie fragment Koranu mający chronić przed siłami nieczystymi. Zażartowałam wtedy, że zamieszkała ze mną Aisza Kandisza, która chowa się w rurach, a jak ktoś idzie do toalety – próbuje wciągnąć go do środka. Prawdę mówiąc nigdy jej osobiście nie spotkałam, ale w rurach kanalizacyjnych niejedno przecież może się wydarzyć. :) 


Twoje mieszkanie jest bardziej polskie, a może bardziej orientalne? 
Jest po prostu moje, choć gościom kojarzy się raczej orientalnie. Oprócz starych mebli i przedmiotów odziedziczonych po babci, zawodowo zajmującej się sztuką, większość rzeczy to pamiątki z orientalnych podróży. Biorąc pod uwagę kolory, smaki i zapachy, chyba nie muszę przestępować progu, żeby znaleźć się na Wschodzie. 
Gościnnie u Shirin.

Bardzo cenię twórczość Khaleda Hosseiniego. W 2013 roku, na antenie Radia Lublin, byłaś gościem audycji "Okienko literacie", w którym opowiadałaś o twórczości Hosseiniego.  Co sądzisz o jego ksiażkach? Która z nich jest Ci najbliższa? 

Najbliższa jest mi książka „Tysiąc wspaniałych słońc”, najmniej lubię tę ostatnią „I góry odpowiedziały echem.” To jest dobre pisarstwo. Mocne, głębokie, robiące wrażenie, szczególnie na człowieku, który nigdy nie zetknął się bezpośrednio ze spustoszeniami dokonanymi przez wojnę i rządy twardego reżimu. Hosseini jest doskonałym znawcą ludzkiej natury, umie w niej odkryć zarówno to, co najlepsze, jak też i najgorsze.


Wiem, że interesujesz się kulturą krajów arabskich i ich rodzimym folklorem. Jako miłośniczka powieści historycznych muszę zapytać również o to, czy starasz się poznać kraje Orientu także przez pryzmat historii i konfliktów toczących się na ich terenach, czy raczej unikasz wchodzenia w te niewygodne tematy? 

Uważam, że powinnam znać kraje Orientu z każdej, nawet tej ciemniejszej strony. Tło polityczne jest ważne, ponieważ opisując ludzkie losy, nie mogę wyrwać ich z kontekstu, oddzielić od rzeczywistości historycznej, społecznej czy politycznej. Jeżdżąc na Wschód, mając tam przyjaciół, muszę wiedzieć co się dzieje, ale staram się wyznaczać granice. Nie chcę tymi tematami żyć, nie pozwalam, żeby zdominowały mój odbiór tamtych stron, nie skupiam się na nich w powieściach. 

Kotka Szisza
W ostatnich latach powstało wiele książek opowiadających o tragicznych losach kobiet żyjących w krajach islamskich. Czy, będąc w którymś z krajów arabskich, zauważyłaś potencjalne bohaterki tych opowieści? 

Nie cierpię takich książek. Większość jest nie tylko fatalnie napisana, ale również szkodliwa społecznie. Brakuje w nich równowagi, mamy sztywny podział – on, zły, brutalny Arab i ona, biedna, niewinna, złotowłosa ofiara fatalnej miłości. Życie nie jest czarno – białe. Znam różne pary. Szczęśliwe, z wieloletnim stażem, dorosłymi dziećmi, znam również takie, którym się nie powiodło. Niewiele tych historii nadawałoby się na fabułę książek, o jakich rozmawiamy. Potencjalne bohaterki takich publikacji to często ofiary nie tyle niewłaściwego mężczyzny, co własnej głupoty. To osoby wchodzące w związek pod wpływem chwili, bez żadnej znajomości kultury, religii ani realiów tamtejszego życia. Ich wybrankami zazwyczaj są mężczyźni pracujący w kurortach, słabo wykształceni, z patologicznych rodzin, nastawieni na zysk, zdobycie paszportu, wyjazd za granicę. I tu dochodzimy do momentu, gdy na różnice kulturowe nakładają się różnice poziomów. Intelektualnego, emocjonalnego, materialnego. Obie kwestie są mylone. Nikt nie wpadnie na to, by fakt, że praski dresiarz bije żonę tłumaczyć polskością, podobnie jak nikt nie wpadnie na to, by fakt, że żonę bije Arab tłumaczyć czymś innym niż nakazy islamu. A na słowo „islam” większość ludzi  Polsce reaguje histerycznie, przy czym psychozę dodatkowo podsycają media. Należy pamiętać, że patologie są wszędzie, nie ma takiej kultury, która byłaby od nich wolna, ale postrzeganie kogoś wyłącznie przez taki pryzmat, jest wysoce krzywdzące i niesprawiedliwie. Na spotkaniach autorskich staram się opowiadać o arabskiej codzienności, prostym zwyczajnym życiu, żeby wreszcie rozwiać mity funkcjonujące na naszym podwórku.


Liban
Zamykasz oczy i myślisz o Tunezji. Co widzisz? 

Sekwencję obrazów. Moją ulubioną kawiarnię na plaży niedaleko Portu el Kantaoui. Dzielnicę Hammam Sousse, którą kocham, z porozkładaną przed domami na wielkich płachtach ostrą czerwoną papryką. Dach muzeum Dar Essid w Sousse, skąd rozciąga się widok na całe miasto. Dom mojej przyjaciółki Iwony w Tunisie, dokładnie w dzielnicy Bardo, gdzie niedawno był zamach. To taki typowy tunezyjski dom z dużym patio, dachem, na którym miałam przyjemność spać i cudownymi ludźmi. Medinę Tunisu pełną zaułków. Błękitne Sidi Bou Said – tam będzie toczyć się akcja jednej z moich książek. Tunezja to smaki, zapachy, wspaniałe wspomnienia, kraj, który zawsze jest ze mną. Noszę go ciągle przy sobie. 

Wróćmy na chwilę do kraju. Czy znalazłaś w Polsce miejsca magiczne? Zagłębiasz się czasem w nasze rodzime podania ludowe? 

Oczywiście. Moje orientalne zainteresowania nigdy nie szły w parze z negacją polskości. Zjeździłam Polskę wzdłuż i wszerz, przez jakiś czas mieszkałam w Krakowie i w Warszawie. Mamy wiele pięknych miejsc, ostatnio odkryłam i pokochałam Olsztyn. W podania ludowe też się zagłębiam. Przepadam za książką „Polska demonologia ludowa” Leonarda Pełki, zajmuje jedno z ważniejszych miejsc na półce. Lubię nasze rodzime legendy, znajduję też wiele motywów łączących je z legendami Orientu. 

Podobno lubisz gotować. Czego nie może zabraknąć w Twojej kuchni? 

Lubię, to prawda. W kuchni rządzi Wschód i wynalazki własnego autorstwa. A zabraknąć nie może cynamonu, kminu rzymskiego i ras el hanout. 

Perfumeria w Libanie
Czym pachnie Orient? 

To są różne, przenikające się ze sobą zapachy: fajki wodnej, piżma, bakhooru, czyli kadzidła, a także egzotycznych przypraw. W Bejrucie często doganiał mnie zapach kminu i kurkumy, szczególnie na klatkach schodowych. Renia, moja przyjaciółka, śmiała się, że mieszka w Libanie od trzydziestu lat, a tego nie czuje. Mi ten zapach towarzyszył właściwie cały czas. 

Wybierzmy się na chwilę do kawiarni z Twojej najnowszej powieści. Ja zapraszam!  Gdzie siadamy i co zamawiasz? Słyszymy muzykę, czy może dźwięki łyżeczki obijającej się o brzegi filiżanki? Podsłuchujemy rozmowy? 

Siadamy na błękitnej kanapie z kolorowymi poduszkami. Oczywiście słyszymy muzykę, w kawiarni musi być spokojna, dyskretna, orientalna muzyka, jakiś arabski chillout, przy którym można odpocząć, ale też porozmawiać. Zamawiamy mocną, czarną turecką herbatę z dwoma kostkami cukru. Mogłybyśmy też wypić herbatę Miriam – czarną, z cynamonem, pomarańczą i sokiem malinowym albo tradycyjną arabską ze świeżą miętą i na przykład, z orzeszkami pinii. Rozmów nie podsłuchujemy, ale czasem wpada nam w ucho zdanie wypowiedziane w obcym języku, czyjś śmiech, brzęk szkła. Palimy fajkę wodną i obserwujemy ludzi. Z twarzy potrafimy odczytać ich historie, słowa nie są nam do niczego potrzebne. Wystarczy spojrzeć komuś w oczy. 

Czytelnicy "Zaklinacza..." i osoby odwiedzający Twoją stronę na Facebooku na pewno zgodzą się ze mną, że masz wspaniały dar malowania słowami.  Czy możesz namalować nam fragment "Cafe Istanbul"? 

Mogę się nim po prostu podzielić, a za miłe słowa serdecznie dziękuję. :)
          
Dziękuję! :)

Ja również!


  
Wszystkie powyższe zdjęcia pochodzą ze zbiorów Shirin Kader.

Książkę "Zaklinacz słów" znajdziecie na stronie Wydawnictwa Lambook (do niedzieli -50%). Wystarczy kliknąć tutaj:
http://www.lambook.pl/ksiazki/5-zaklinacz-slow.html 



TUTAJ
Klikając na zdjęcie przejdziesz do recenzji "Zaklinacza słów"


                                                                                              

wtorek, 31 marca 2015

"Kroniki Tempusu", czyli podróż do ery wiktoriańskiej.

Poza mnóstwem kotów z kurzu w bibliotece była lampa z królikiem, z dawnego pokoju dziecięcego Katie, latarka (na wszelki wypadek), pamiętnik, kartonowe pudło ze skarbami i  szydełkowy szal zrobiony przez babcię - już nieżyjącą. I, naturalnie, książki. W końcu bez książek biblioteka nie mogłaby nazywać się biblioteką. Po trzech stronach łóżka stały ich całe stosy. Zrobiło się przez to dość ciasno, ale Katie nie potrafiła się rozstać z żadną z nich.





 Pewnego dnia w Nowym Jorku ...

Katie, córka Bergera, pasierbica Jonesa i Burga, a być może już niedługo (o ironio!) również Fishburga, to dziewczynka wkraczająca w wiek nastoletni, obciążona bogatym bagażem doświadczeń rodzinnych. Jej matka, Mimi, jest gasnącą gwiazdą zespołu popowego Youth'n Asia. Próbując utrzymać się na (wciąż opadającej) fali Mimi popada w skrajne stany uniesienia i depresji. Egocentryczka, chciałoby się rzec, aktorka ze spalonego teatru, przekładająca swoją karierę ponad szczęście rodziny i swoje własne. Katie wychowuje się więc pod opieką wiecznie nieobecnej matki i gosposi Dolores - bacznej obserwatorki życia toczącego się na szklanym ekranie. Małą, tajemniczą wyspą dziewczynki staje się biblioteka pod łóżkiem, z której wyrusza w wiele niesamowitych podróży literackich. Pewnego wieczoru Katie chowa się w swojej książkowej twierdzy i oddaje największej pasji, czytaniu.  Niepostrzeżenie zasypia podczas lektury korespondencji prowadzonej przez córki królowej Wiktorii - księżniczki Alicję i Vicky. Kiedy budzi się rano, uzmysławia sobie, że zimna podłoga nie przypomina tej w mieszkaniu w Nowym Jorku. Spoglądająca na nią dziewczynka ubrana w wiktoriańską suknię zdaje się być tego najlepszym dowodem. 


 Podróż w czasie

Królowa Wiktoria i Jego Wysokość książę małżonek.







Kroniki Tempusu są trylogią fantastyczno-przygodową wykorzystującą motyw podróży w czasie. Główna bohaterka przenosi się ze współczesnego Nowego Jorku do Londynu w okresie, gdy Wielka Brytania znajduje się u szczytu potęgi imperialnej.  W pierwszym tomie [Królowa musi umrzeć] Katie budzi się na podłodze Pałacu Buckhingham w 1851 roku, by powrócić tam po trzech latach w tomie drugim [Królowa na wojnie]. 
Motyw przemieszcznia się w czasie i przestrzeni jest często wykorzystywany w literaturze fantastycznej, jednakże K.A.S. Quinn wprowadza do trylogii ważne, autentyczne wydarzenia i postaci, tworząc zaskakująco ciekawy rys historyczny. Oto w dziewiętnastowiecznym Londynie Dickensa, mieście konwenansów, miejscu hołdującym ideałowowi kobiety-anioła - w magiczny, ponadnaturalny sposób zjawia się młoda, wysoka Amerykanka w stroju lubieżnie przykrótkim, a innym razem w żółtej pidżamie w żaby. Jak to bywa w klasycznej fantasy, bohaterka razem ze swoją drużyną (księżniczką Alicją i Jamesem, synem królewskiego lekarza) będzie miała do wykonania zadanie.  Na czym polega jej misja? Kto odpowiada za jej czasoprezestrzenną podróż i dlaczego to właśnie Katie została wybrana? Odpowiedzią jest Tempus, którego poznacie czytając Kroniki... 


Ludzie nie potykaja się o góry, lecz o kretowiska.

Zarówno w pierwszym, jak i w drugim tomie Kronik towarzyszy nam klamrowa budowa powieści. Poznajemy  bohaterów współczesnych - mieszkańców najludniejszego miasta Stanów Zjednoczonych (NY jest początkiem i końcem podróży Katie) oraz dziewiętnowieczną arystokrację i służbę pałacową w pięknym Buckingham. Przekrój postaci jest dość rozmaity, a charaktery bohaterów bardzo wyraziste. Katie wyróżnia się nie tylko na dworze królowej Wiktorii, ale także w swoim realnym, nowojorskim świecie. Przeciętnej urody brunetka z greckim nosem bezustannie zanurzonym w książkach nie pasuje ani do wizerunku neurotycznej matki artystki, ani do przebojowej, "nowoczesnej" amerykańskiej młodzieży.  Katie żyje magią słów, które w pewnym momencie zaczynają wypływać ze stronnic i opowiadać jej własną, nową, a jednocześnie poniekąd już zapisaną historię.

Wybrańca okiem
Wspak czytaj, potem
Bieg czasu zawracaj żwawo.
Tempus odnajdzie ważne wieści
Otwierając w czasie przejście. 

Kroniki Tempusu są opowieścią o sile przyjaźni, która przybiera odmienne, nie zawsze oczywiste odcienie. Autorka porusza temat trudnych relacji rodzinnych i społecznych, pokazuje pierwsze iskry emancypacji kobiet oraz ciekawie odmalowuje obraz przemian światopoglądowych, modowych i naukowych, jakie dokonały się na przestrzeni stu pięćdziesięciu lat. 

Powieść dojrzewająca

Wojna krymska, 1854.
Pierwszy tom Kronik - Królowa musi umrzeć - jest łagodnym wprowadzeniem do trylogii. Autorka subtelnie opisuje świat przedstawiony, zabierając czytelników na nie jedną wyprawę tajemnymi korytarzami Pałacu Buckhingham. Bardzo szybko zaprzyjaźniamy się z trójką głównych bohaterów, którzy niejednokrotnie wpadają w kłopotliwe, ale jednocześnie zabawne sytuacje. W drugim tomie następuje klasyczne zagęszczenie akcji, ciemne chmury ochładzają atmosferę powieści, a chwilę potem przez każdą szczelinę wkrada się wojenny smog. Taką formę budowania napięcia znamy dobrze z tradycyjnej fantastyki, wystarczy zajrzeć do Tolkiena czy Salvatora. Królowa na wojnie jest o wiele bogatsza pod względem poznawczym od pierwszego tomu trylogii - ku radości miłośników powieści historycznych, w tym mojej własnej.

Prawda historyczna

K.A.S. Quinn
Autorka trylogii, K.A.S Quinn, Amerykanka mieszkająca w Londynie, pisała swoją pracę naukową na  temat sposobów przedstawiania gruźlicy w malarstwie i literaturze wiktoriańskiej. Wyniki tych zainteresowań są bardzo widoczne w jej twórczości literackiej. 
W Kronikach Tempusu odnajdziemy wielu bohaterów autentycznych, których wizerunki odpowiadają tym ukazanym na kartach historii. Pisarka przekonująco przedstawiła ciepłe relacje między księciem Albertem i królową Wiktorią, zwaną po śmierci księcia małżonka Wdową z Windsoru. Ich silną, emocjonalną więź nie raz uwieczniano na płótnie oraz papierze. Księżniczkę Alicję i księcia Leopolda, poznajemy z bliska w powieści - są to jednocześnie realni potomkowie królewskiej pary. Dodatkowym atutem wprowadzenia ich do trylogii jest oddanie przez autorkę aury otaczającej te postaci. Alicja, w wielu źródłach została przedstawiona jako kobieta o anielskim sercu, czego wyraz znajdziemy w Kronikach


Wymarsz wojsk brytyjskich na wojnę krymską.
Jedną z ciekawszych bohaterek powieści jest baronowa Lehzen, despotyczna, niemiecka guwernantka księżniczki Alicji, w rzeczywistości zajmująca się wychowaniem i kształceniem przyszłej królowej. Louise Lehzen zrezygnowała jednak z pałacowego życia w otoczeniu rodziny królewskiej już w 1842 roku, a więc na długo przed tym, gdy Katie zjawia się na Dworze Wiktorii. Choć czas historyczny nie zgadza się tu z czasem akcji (na otuchę zaznaczę, że autorka przyznaje się do kilku przesunięć i modyfikacji w kalendarium), to Quinn postarała się o zachowanie nastrojów towarzyszących tej postaci, którą sam Albert nazywał "wulgarną intrygantką".


Epicentrum wydarzeń historycznych w drugim tomie jest wojna krymska, w której Wielka Brytania wzięła aktywny udział jako sprzymierzeniec Imerium Osmańskiego. Z pewnością nie zdziwi Was fakt, że Katie znajdzie się na polu bitwy, a wraz z nią pewne magiczne, nadprzyrodzone moce. W tym miejscu sznuruję  jednak palce, by nie pomknęły po klawiaturze za daleko.

Florance Nightingale pielęgnująca rannych.
Dzięki Kronikom poznacie ważne postaci w dziedzinie medycyny. Pierwszą z nich jest Florance Nightingale, zwana Damą z lampą, reformatorka pielęgniarstwa, biorąca aktywny udział w medycznym wspieraniu rannych podczas wojny krymskiej. Drugą bohaterką jest Mary Seacole, "lekarka z Jamajki", czarnoskóra opiekunka chorych, która przyłączyła się do grupy sióstr Miłosierdzia zorganizowanej przez pannę Nightingale. W czasach, kiedy damskie pielęgniarstwo było uważano za profesję kobiet upadłych, postaci takie jak Mary i Florance stanowiły pierwszy powiew emencypancji i reformy światopoglądowej. 


Mary Seacole, "lekarka z Jamajki"
Kroniki Tempusu to lekko napisana, pełna przygód, historyczna wyprawa do dziewiętnastowiecznej Anglii. Autorka łączy elementy magiczne z faktami historycznymi, zabierając młodych czytelników w niezwykłą, ale i niebezpieczną podróż. Po raz kolejny stajemy się świadkami cudownej mocy słów i  wyobraźni, dzięki którym nawet my, książkoluby nieposiadający biblioteki pod łóżkiem, jesteśmy w stanie przenieść się do każdego miejsca na ziemi, w każdym z możliwych czasów. A kiedy weźmiemy pod uwagę nienaganne, dopracowane wydanie trylogii, lektura Kronik stanie się przyjemną odskocznią od codzienności dla wielu czytelników - bez względu na metrykę.

Ocena 7/10 

Wydawnictwo Dreams
Królowa musi umrzeć
 Polskie wydanie: 2012
Ilość stron: 294

Królowa na wojnie
Polskie wydanie: 2015
Ilość stron: 316 

 Za udostępnienie egzemplarzy recenzenckich dziękuję: